— Halt91 — zapiszczał głos Witolda z bocznego numeru: — Cóż to za ładna panna z tobą? Gdzieś ją zdybał? Przedstaw mnie! Słowo daję, nie wiem, co z czasem zrobić w tej waszej spelunce!
Drzwi stały otworem. Marek ujrzał brata, jak wypoczywał na kanapie, bez surduta, ziewając co trzy słowa. W progu Żyd faktor92 uśmiechał się z łaskawych żartów obywatela.
— Najlepiej, żebyś zaraz jechał do Skomontów — poradził brat serio — tam twój czas przyda się bardzo!
— Et, sam nie wiesz, co gadasz! Tam, to nawet mój Kafr się nudzi!... Ale, znasz Kafra? Sto rubli dałem za bestię, ale, co prawda, rozumniejszy od niektórych wielkich ludzi! Kafr! Kafr! Do nogi, zaraz!...
Bez ceremonii gwizdnął na cały hotel. Marek ramionami ruszył i odszedł, nieznacznie skinąwszy na znajomego faktora.
Żyd wsunął się za nim. Szli ciemnym korytarzem i zaczęli cichą rozmowę:
— Chce pieniędzy?
— Nu, kto ich nie chce?
— A dają?
— Oni by dali, ale się boją.