— Czego?
— Ryskich lichwiarzy i jasnego pana. Nikt nie wie, co on ma.
— Niech nie dają, bo nie odbiorą. Pamiętaj, żem ostrzegał.
— Dziękuję wielmożnemu panu.
Żyd zgiął się do ziemi. Cicha ta rozmowa trwała sekundę i znowu faktor stał u progu Witolda, i uśmiechnął się do sztuk pudla. Gdy pies pokazał, co umie, chłopak kopnął go nogą, zapalił cygaro i zagaił interes.
— Słuchaj, panie Rubin, trzeba pieniędzy.
— Och, komu ich nie trzeba? — westchnął sentencjonalnie Żyd.
— No to daj, zamiast stękać.
— Och, skąd ich wziąć?
— A co mi do tego. U twoich przyjaciół, szubieniczników.