Obejrzał się, pomarszczona twarz jego wyrażała daremną chęć zrozumienia, spojrzał na równie starego lokaja.

Supranti, kumaj?94 — pytał.

Ne suprantu! — odparł kum.

A Poświcie zbliżało się coraz bardziej. Przez wioski i osady górowały topole i drzewa parku, wszystko świeże, zielone, niby ubrane od święta na przyjazd właścicielki.

— Czertwan nas czeka niecierpliwie — odezwała się znowu panna Irena.

— Zapewne. Stary prawnik mi mówił, że go ojciec prawie zmusił do objęcia zarządu. Kazał mu czekać i pracować dziesięć lat.

— Już w Kownie chciał zdawać rachunki — uśmiechnęła się — ledwie uprosiłam, żeby jakiś czas jeszcze pozostał. Patrz, jaki to ładny dwór. Może to Poświcie?

— Prawdopodobnie, bo zjeżdżamy na jeszcze gorszą, boczną drogę. To przypomina nasze puszcze przed dwudziestu laty. Pierwszym twoim czynem powinny być szosy...

W tej chwili lokaj z furmanem obejrzeli się na młodą panią i uchylili czapek.

— Poświcie! — ozwali się z uśmiechem.