Dziewczyna stanęła w powozie, uśmiechnięta, zarumieniona wzruszeniem. Szybki oddech rozchylił koralowe usta, wiatr wieczorny rozwiał ciemne włosy, oczy piwne promieniały skrami złotymi. Drżała całym ciałem.
Brama, szeroko otwarta, opleciona była zielenią, dziedziniec natłoczony ludem wioskowym, na przedzie stała cała służba, odświętnie ubrana, i stary ekonom, Sawgard, który jeszcze dziada jej pamiętał, trzymał na złoconej tacy bochen żytniego chleba i sól.
Powóz stanął, tłum się zakołysał jak fala, zahuczał stłumionym szmerem. Dziewczynie łzami nabiegły oczy, pierwszy raz straciła pewność siebie. Sawgard zbliżył się do stopnia, odkrył siwą głowę i schylił się do jej kolan.
Panna Irena usunęła się i wyskoczyła na ziemię. Rozpacz mignęła w jej oczach. Spojrzała po tłumie tym, który ją witał, przyjmował całym sercem w domu pradziadów, i nie rozumiała ich słów, ani odpowiedzieć im mogła.
— Nie mogę im rzec, jakam wdzięczna, jak im dobrze życzę!... — wyszeptała żałośnie, słuchając przemowy starego ekonoma.
Wtem ktoś stanął za nią. Obejrzała się. Postać Marka wyrosła jak z ziemi. Stał tuż z odkrytą głową, ubrany świątecznie, jakby się uważał za jednego z jej sług, i witał głębokim ukłonem.
Odetchnęła na widok znajomego wśród tych wszystkich, podała mu rękę i pociągnęła ku sobie.
— Niech pan im podziękuje za mnie! Bardzo serdecznie! Proszę powiedzieć, że im nie zapomnę nigdy tego przyjęcia.
Podniósł głos swój donośny. Tłum słuchał, potem odpowiedział zmieszanym, gromadnym okrzykiem.
— Co oni mówią? — spytała.