— Proszą, żeby pani wśród swoich została na zawsze.
— Zostanę, zostanę! Powiedz pan.
Stary Sawgard, postąpił o krok i ozwał się:
— Panoczku, proszę panience powiedzieć, żeby nas kochała, jak ojcowie kochali; żeby na ich wzór rządziła.
Marek przełożył orację. Przez łzy spojrzała na siwego sługę, bez namysłu objęła go za szyję i uścisnęła z całego serca. Stary stracił głowę. Tacę z chlebem oddał Markowi, a sam, jak długi, runął jej do nóg; tłum zahuczał zapałem i cisnąć się począł do niej. Lody były przełamane, gdzieś w głębi ozwała się włościańska kapela, śmiano się i szlochano na przemian, całowano ją po rękach, chciano nieść do domu, aż wreszcie sił jej zabrakło, obejrzała się o pomoc Marka.
Zrozumiał, rzekł słów kilka, i wnet ciżba się rozstąpiła na dwie strony, zostawiając jej przejście wolne aż do ganku. Wsunęła rękę pod ramię olbrzyma i szli tym szpalerem powoli, wśród ciągłych okrzyków.
Wpół drogi zaledwie przypomniał sobie Czertwan Marwitza i poszukiwał go oczyma. Amerykanin uciekł od owacji. Jego nerwy, miłujące spokój, skryły się pod opiekuńcze skrzydła domu. Chciał wejść, ale na progu trafił na głuchego Filemona, który sztywny, w swej odwiecznej liberii, trzymał na poduszce pęk kluczy i rolę swą szambelana traktował najzupełniej serio. Do grodu tego, gdzie stróżował dwadzieścia lat, miał wpuścić córkę i kasztelankę, pierwej nikogo.
— Otwórz panu! — krzyknął mu ktoś w samo ucho głosem do grzmotu zbliżonym. Otrząsnął się, jakby mu proponowano grzech śmiertelny.
— Pan zamknął odchodząc i powiedział: Otworzysz tylko Orwidom! — mówił bezzębnymi usty, z kamiennym uporem i dodał dla większej mocy: — Czertwan tak samo mówili! Otworzy panienka, niech obcy czeka.
Marwitz zrezygnowany założył ręce na piersiach i czekał, oglądając ciekawie stroje włościan, liberię służby, falowanie tłumu na podwórzu i młodą parę, zbliżającą się powoli do podjazdu.