Takich rumieńców i rozpromienienia nie widział na twarzy Irenki. Wyglądała wyższa, dumniejsza i nad wyraz szczęśliwa95.
„Chciałbym, żeby ją mój ojciec taką zobaczył! Byłby dopiero rad” — pomyślał, uśmiechając się z zadowoleniem.
Filemon postąpił parę kroków, jak mumia pod prądem galwanicznym. Poczerwieniał mu nos i roziskrzyły się oczy: doczekał się Orwidów.
— Stary emeryt, sługa jeszcze pani dziada! — szepnął Marek. — Proszę uszczęśliwić go i własnoręcznie otworzyć drzwi swego domu!
Wzięła klucze. Zamek zgrzytnął, Marek rozwarł podwoje.
— Daj Boże pani w starym ojców domu ich cnoty i szczęścia! — rzekł, uchylając głowę.
— No, a teraz wolno mi już wejść, stary? — zagadnął Marwitz do mumii służbowej, naturalnie, bez żadnego skutku.
— Daremny trud! — rzekł Marek. — On nic nie słyszy!
— Ty tu, Clarke? Chodźże! — zawołała panna Irena.
— Dobrze, iż raczyłaś sobie przypomnieć moją egzystencję.