Umilkł i kołysał się dalej, gładząc w takt faworyty. Wyglądał zafrasowany103, jakby po nieudanej próbie szarpania bawełny.

— Czemuż tak długo nie zaczęliście panowie starań co do spadku? — ozwał się Marek po małej przerwie.

— Nie mieliśmy żadnego dokumentu, oprócz metryk i świadectwa rodu. Kazimierz Orwid chciał właśnie wracać; nie wiedział, że go śmierć zaskoczy. Ustnie ojcu opowiedział, kim był, i nazwał104 pana Czertwana. Po śmierci zaniechano starań, a potem ojciec nie chciał stracić ulubionej i ociągał się z dnia na dzień. Przypadek wszystko zrządził. W gazecie Irenka wyczytała pańskie nazwisko, i ona je pamiętała. Uprosiła ojca, żeby napisał do Paryża. Czy to pańska siostra ta studentka z Sorbony?

— Przyrodnia.

— Czy panowie już po śniadaniu? — ozwała się panienka, wsuwając głowę spoza drzwi jadalni.

— Dziękuję pani — ukłonił się Marek, wstając żywo z miejsca. Zaledwie przypomniał sobie, z czym tu przyszedł.

Clarke z wielką dokładnością zaczął dobierać cygaro, Czertwan, jakiś dziwnie nieswój, podszedł do młodej gospodyni.

— Przyniosłem pani księgi — wymówił z trudnością. — Może pani raczy je przejrzeć i uwolnić mnie już...

— Czyż pan nie może pozostać? — rzekła z prośbą w głosie.

— Nie mogę, pani. Dorabiam się i ja ciężko lepszego bytu. Mam nawał pracy u siebie.