— Czy panu mało wynagrodzenia?
— My za pieniądze nie służymy tutaj! — odparł, odrzucając hardo głowę. — Ojciec robił to dla przyjaciela, a ja dla ojca. Zresztą, zarządzających nie brak, ja pani mogę nastręczyć zdolnego i uczciwego człowieka; służba stara, zaufana, procesów i sporów żadnych, porządek utrwalony od dwudziestu lat.
— Ależ, panie! Ja nie znam mowy, obyczajów, praw. Mnie trzeba nie rządcy, ale przyjaciela. Niech mi pan choć swą pomoc i radę przyrzecze w początku nowego życia.
— Ile razy pani mnie zawezwie, stawię się na rozkazy.
— Niech pan choć co tydzień przyjeżdża.
— Przyjadę na każde pani wezwanie. Zagroda moja niedaleko, za Dubissą.
— Dziękuję panu i za to. Czy to wielka łaska i ofiara?
Spojrzała nań uważnie, ale on oczu nie podniósł i patrząc w ziemię, odparł głucho:
— Nie, pani! Żadna ofiara...
Zwróciła się, zniecierpliwiona tym chłodem kamiennym. Czyż oprócz kochania kraju, głaz ten nic nie ma w duszy?