— Ileż mi pan jeszcze czasu poświęci teraz?
— Do wieczora skończymy rachunki i kontrolę.
— Do wieczora... a potem?
— Pójdę do domu!
— Panie, litości! — zawołała przerażona. — Wczoraj przyjechałam, nie byłam nigdzie poza dziedzińcem. O majątkach swoich tyle wiem, co o wnętrzu Afryki. Pokaż mi pan przynajmniej choć z daleka moją ziemię, lasy, folwarki. Niech cokolwiek zobaczę, zrozumiem! Ojcowie nasi byli braćmi; przez pamięć dla nich proszę mi dać odrobinę przyjaźni. Ja tu nikogo nie mam w tym kraju, do którego z taką tęsknotą jechałam...
Głos jej miał śliczne, miękkie dźwięki, a piwne oczy spojrzały żałośnie.
Spotkali się wzrokiem. Surowe jego rysy złagodniały, pociemniały od fali krwi. Źle zrobił, że patrzał, bo się zachwiał w postanowieniu.
— Zostanę, pani, ile będę mógł! — odparł bez namysłu.
Było to jej pierwsze zwycięstwo. Odetchnęła.
Marwitz, dokończywszy cygara, znalazł ich w gabinecie nad stołem zarzuconym papierami. Umieścił się wygodnie i godzinę słuchał agronomiczno-administracyjnej prelekcji, wreszcie znudzony, powstał z zamiarem udania się do parku.