— Kiedy mówię, że matka, to nie Marek! Słyszałem, że masz długi: to hańba i wstyd! Słyszałem, że nie uczysz się: to nikczemność, i że hulasz, trwoniąc czas i zdrowie: to podłość! Jeśli takim zostaniesz, odstąpi cię błogosławieństwo Boże i moje. Pamiętaj.
Witold oczy spuścił, poczerwieniał i milczał, a chory dalej wskazywał i mówił:
— A drugi folwark, Ejniki, to Kazia spuścizna, gdy wróci. I to ci, żono, oddaję w opiekę. Niech znajdzie kąt własny i czysty, i tę ziemię, którą opuścił, pracującą dla niego! Pamiętaj, nie skrzywdź go i oddaj moje błogosławieństwo, chybaby wiary i mowy zapomniał... Wtedy nie... nie... nie błogosław!...
— Bóg go uchowa i święty jego patron — wtrącił ksiądz.
I znowu Czertwan coś palcem znaczył i do żony zwrócony rzekł:
— A to, Budrajcie, twoje wiano, Hanki posag. Nie taka ona, jak inne dziewczęta, ale przeto tę różnicę trza w niej uszanować, bo z dębu nie zrobisz obręczy i tylko połamiesz. Pilnuj jej albo daj swobodę w tym, co godziwe, niech nie zabraknie chleba i wygód, a drogą, którą obierze, niech idzie. Nauki chce, a nauka nie grzech nikomu!
Z łkaniem rzuciła się dziewczynka do rąk ojcowskich.
Krzyżyk jej naznaczył nad czołem i mówił łagodnie:
— Pamiętaj, dziecko: wiarę uchowaj, pamiętaj. Nie bądź uczoną lepiej, ale rozumną! Rozumiesz? Bym nie pożałował w grobie, żem ci uczynił wolę!
Rękę położyła na piersi i powtarzała: