— Możemy dziś zwiedzić jeden folwark, ten najbliższy, Powerpiany.
— Ach dobrze, z całą przyjemnością. Dziękuję panu.
Zakończyła ślicznym spojrzeniem i ruszyli razem do ogrodu. Park tarasami zbiegał do rzeki i utrzymany był, jak wszystko, bardzo starannie. Dubissa na wiosnę obrzucała pianą nadbrzeżne drzewa, teraz ustąpiła już nieco, zostawiając kawał twardego, stromego brzegu. Marwitz tam siedział, z cierpliwością bonza chińskiego patrząc na kawał korka, tańczący na falach. W kuble obok miał już parę drobnych rybek.
Nie obejrzał się wcale na szelest kroków.
— Jakże z twoim hazardem i obserwacją? — zawołała wesoło gospodyni.
Poruszył się niecierpliwie.
— Iry, wiesz, jak ryba boi się hałasu! Tyle razy ci to mówiłem. No i znowu teraz, jak zwykle, spłoszyłaś zwierzynę. Od pięciu minut krążyła koło haczyka. Uciekła i nie wróci.
Wydobył wędkę i zniechęcony rzucił ją na piasek.
— Niech się pan nie trwoży — ozwał się Marek — nie jedna ona! Łakomstwo i ciekawość to uniwersalne rybie wady!
Panna Irena ruszyła ramionami i ciekawie przyglądała się panoramie okolicy. W lewo Ejnia wpadała z łoskotem, obracając koło wodnego młyna, w prawo bielały Skomonty, czerwieniał dach kościółka, grusze plebanii czerniały majestatycznie i długą linią wyciągało się wsi kilka.