— A las czyj?
— Mój! — rzekł z wyrazem radości w chmurnych źrenicach.
— Są tam zwierzęta jakie? — wtrącił się do rozmowy Marwitz.
— Zwierzyna, pan myśli?
— No tak. Kojoty, szakale, niedźwiedzie?
— Nie, tego u nas nie ma! — odparł z najzimniejszą krwią Marek.
Panna Orwidówna usiadła na brzegu i, błądząc oczyma po krajobrazie, spytała:
— A ta wdowa, sąsiadka, zdrowsza?
„Co ją może obchodzić nieznajoma? — pomyślał. — Ot, dla próżnej gawędy chyba”.
— Zdrowsza! — odparł lakonicznie.