Wiosło gięło się w jego muskularnych dłoniach, postać pochylała się i naginała rytmicznie, bez żadnego widocznie wysiłku.
Patrzał uparcie na dęby swoje i słuchał obojętnie płaczliwej opowieści Grala:
— Już tydzień, jak nas Wojnat wygnał z chaty. Garnki, co były nasze, potłukł, krosna porąbał, odzież i kuferek za próg wyrzucił i ją precz wygnał na deszcz. Dola moja taka! Drugiego dnia ledwie wróciłem z jeziora, do swej chaty przyprowadziłem biedną. Teraz płacze bez ustanku i gadać nie chce. Co ja winien, nieszczęsny? Innemu wszystko się śmieje, mnie wszystko płacze. Było się lepiej nie rodzić. Cały zaścianek na język mnie wziął i na śmiech, a ją palcami pokazują. Co ona winna, biedna, słaba kobieta? Moja dola uczepiła się jak czyrówka (kanianka105) lnu i splątała całe życie.
W tej chwili od Poświcia zabrzmiała po fali melodia nieznanej piosenki, śpiewał ją jeden głos, potem dwa i znowu jeden kobiecy. Marek się obejrzał. Irenka Orwidówna stała na brzegu, oparta o dziwacznie pokręcone członki starej wierzby. Gibkie gałęzie objęły jak w zielone ramki jej głowę, tło ozłociło słońce.
Młody człowiek minutę stał zapatrzony, bezczynnie trzymając wiosło, potem jakby gniew i wściekłość przeszła mu przez oczy, wiosło zagłębił w fale, brwi zmarszczył i nie spojrzał więcej. Łódka wpłynęła w cień dębów i z tamtego brzegu nic już widać nie było. Łuna na rzece zaczęła opadać i gasnąć, potem pieśń ucichła.
Na obu wybrzeżach zapanowała pustka i spokój niczym niezmącony, tylko Dewajtis stary słuchał wieści, co mu niosła Dubissa, i majestatycznie szemrał.
Pod jego cieniem długo dumał człowiek samotny; gdy odszedł, gwiazd było pełne niebo, a w zaścianku piały pierwsze kury. Dąb go żegnał przeciągłym szelestem, a dęby wnuki za patriarchą powtarzały pożegnanie głuchym chórem.
VII.
— Panno Aneto?
— A co, dobrodzieju?