— Czy prędko będzie koniec z tymi podłymi robakami?
— Dobrodzieju, nie godzi się poczciwej pszczółki tak postponować106. Pracy jest wzorem, jak nasz Marek, śpiewem Boga chwali przy każdej robocie, pałace stawia, jakich by architekt nie potrafił, biały wosk daje do ołtarza i miód na wiele chorób pomocny...
— Niech je tam wszystkie dzięcioły wydziobią, te kąśliwe licho107!
— Źli ludzie obgadują biedaczkę! Nie kąsa ona! Matki broni i ula do śmierci! Kto ją lubi i szanuje, tego nie tyka. Ot, trzy roje osadziłam i nie mam żadnej krzywdy!
— Panna Aneta czymś się sekretnym smaruje, to i spokojna! A tymczasem ani my, ani dobytek miejsca znaleźć przed nimi nie możem. Pocięły Marka onegdaj, a wczoraj mi źrebaka okaleczyły. Fe! Grenis spuchł jak kaczka, mnie oczy wygryzły. Skaranie Boskie!
— Ja jegomości dam biedrzeńca do oka. Wnet przejdzie!...
— Niech panna Aneta lepiej swoim pszczołom da biedrzeńca na umitygowanie108. Szelmostwo to lata sobie bez ceremonii wszędzie... Ja im zrobię kiedy sztukę!
— Mój dobrodzieju, nie róbcie, proszę! Melisy im nasiałam, wnet się obeznają i jak dzieci będą ciche! Trzy pnie, co to znaczy? Ledwie początek... Dziś czwarty znalazłam w dąbrowie, w dziupli; to będzie ostatni!
— Co? Jeszcze jeden? I to leśne, najzjadliwsze! I Grenisa mi weźmie panna Aneta, i wóz, i konia, i drabinę! A! To winszuję109!
— Ostatni raz, dobrodzieju, ręczę! Sama bym poszła, ale wysoko, a starość. Żeby Marek był, toby pomógł.