Ragis jeszcze szczelniej zmrużył oczki i udawał śpiącego, psiarnia nawet nie raczyła się odezwać, tylko wiewiórka i króliki pierzchnęły w głąb ogródka, przerażone niebywałym krzykiem.
— Verflucht, verdammt!113 — zamruczał paniczyk. — Powymierali ci szpitalnicy, czy co? Ani swędu! Hej, Marek! Otwórz wrota, bo ci je połamię!
Psy, jakby zrozumiały pogróżkę, porwały się z wrzaskiem; wówczas Ragis odemknął jedno oko i splunąwszy flegmatycznie, odezwał się do hałaśliwej zgrai:
— A sa, a sa! Do nogi! Cicho! Subordynacja, hołoto!
— A zasię! Do stu piorunów! Łby wam porozwalam, bestie! Czy to wy jesteście Rymko Ragis?
— A ja! — zamamrotał stary, nie ruszając się z miejsca.
— Czy Marka zastałem?
— A nie! — była tymże tonem odpowiedź.
Ładna twarz chłopca poczęła drgać nerwowo. Zbrzydł do niepoznania114.
— Dokąd ja tu po niego będę jeździł? Czy to drwiny? Czy on nigdy w domu nie bywa?