— Zobaczymy, czym się ten upór i szachrajstwo wasze skończy?!
— Zobaczymy, a tymczasem wasze impertynencje warto skończyć, błaźnie! — podniósł głos Rymko, wstając z ławy.
Na ruch ten i głos komenda czworonożna stanęła do boju gotowa. Psy, nader awanturnicze, skoczyły pierwsze, warcząc złowrogo. Stary sięgnął po kij i postąpił do wrót.
— Wracaj do domu, młokosie! Tu w tej zagrodzie nie ma miejsca dla szubrawców! A języka pilnuj, bo możesz pożałować? Fora!
Witold z wyżyn swego folbluta115 spojrzał zuchwale na kalekę, szpicrutę ścisnął mocniej w dłoni i gryząc do krwi pobladłe wargi, żuł przekleństwa.
Ragis doszedł furtki, otworzył ją; psiarnia patrzała mu w oczy.
— Fora! — powtórzył jeszcze silniej.
— Nie krzycz, staruszku! — odparł młodzik, uśmiechając się zjadliwie. — Tyle dbam o ciebie, co o twe szczudło!
— Fora! — huknął kaleka.
Psy, jak na hasło, skoczyły naprzód. Dwa rzuciły się do nozdrzy konia, dwa do nóg i brzucha. Jeden znienacka porwał za but jeźdźca. Zapanował piekielny hałas. Koń zaczął wierzgać, chrapać, rzucać się jak szczupak. Szpicruta Witolda, zamiast odpędzać psy, pobudziła do szału konia, który pomimo mundsztuka wziął na kieł116 i rzucił się w ulicę nieprzytomny. Po chwili jeden pies zziajany przyniósł do nóg Ragisa zakurzoną dżokejską czapeczkę, drugi dostawił podartą rękawiczkę, dwa przyszły, kulejąc i skomląc żałośnie, ostatni nareszcie ukazał się z największą zdobyczą: niósł tryumfalnie groźną przed chwilą szpicrutę.