— Dziękuję wam, Martusiu, dziękuję! Ale nie godzi się odbierać jagód! Zbierać ciężko! Może staraliście się dla męża?
— Jeszcze by co? Czy on się tam zna na czymś dobrym? — odąwszy usta, odparła piękna kobieta.
Ragis zmrużył oczki filuternie i wąsiki nastroszył:
— Doprawdy? Na dobrym się nie zna? Ma się rozumieć! Cebula! Źle, pani Łukaszowo, kiedy tak człowiek bez gustu, to zupełnie fe!
Kobieta zaśmiała się, aż błysnęły wszystkie zęby w koralowej oprawie. Koszyk postawiła na ławce i dodała:
— Czyja dąbrowa, tego jagody. Zbierałam z uciechą, bo przy święcie w chacie tak nudno, że i pies nie usiedzi.
— Wojnat podobno umiera? — przerwał Ragis.
Twarz Marty zmieniła się w mgnieniu oka. Z uśmiechniętej stała się twardą i ponurą. Niedbale machnęła ręka:
— Niech umiera! — syknęła przez zęby.
— Marka dziś wołał — mruknął kaleka.