— Nie ma, pani. Od tygodnia nieobecny, ale wróci dzisiaj niezawodnie.
— Wróci?... Wie pani co, że mam wielką ochotę poczekać tu na niego, cały dzień pieszo zwiedzamy okolicę i mam dosyć peregrynacji.
Hanka spłonęła rumieńcem.
— Proszę pani spocząć! — wyjąkała, czując, że coraz bardziej traci rezon i błagalnie patrząc na Julkę.
Zrozumiano ją. Wezwana do pomocy szepnęła coś Ragisowi, a potem przyszła w sukurs energicznie.
— I my musimy zacząć od prezentacji — ozwała się wesoło. — To jest siostra pana Marka, Anna, a ja niedaleka sąsiadka. Jak pani, mamy do gospodarza tysiąc interesów, z tą różnicą, że czekamy już kilka godzin.
— Więc to pani studiuje w Paryżu? Pani otworzyła mi drogę do kraju? No, wie pani, że podobnego spotkania nie oddałabym za tysiące! Dziękuję po tysiąc razy... Proszę mnie mieć za swego dłużnika...
Bardzo nieśmiało położyła Hanka swoją rękę na wyciągniętej dłoni i odpowiedziała na uścisk spojrzeniem prawie żałosnym.
— Ja nic nie zrobiłam, pani! — odparła z cicha.
Nagle milczący dotąd Marwitz wydobył ręce z kieszeni płaszcza, uchylił czapki i zamanifestował swą obecność słowem.