Hanka zebrała się na odwagę publicznego występu, naturalnie na mocy mrugnięcia Julki!
— Tutaj, pani! — odparła, wstając i podchodząc kilka kroków.
Coby dała za to, żeby on tu był i uwolnił ją od tej rozmowy i badawczego wzroku obcych ludzi.
— Czy jest w domu? — wydobyła resztki swego talentu i pamięci Irenka.
— Nie, pani!
Był to ciężki cios. Panienka namyślała się chwilę, ale więcej potrzebnych w tym wypadku frazesów nie mogła sobie przypomnieć. Spojrzała tedy na modną sukienkę Hanki, na jej delikatną twarz i białe ręce i zaryzykowała śmiałą próbę.
— Czy pani rozumie po francusku? — spytała w tym języku.
— Rozumiem, pani! — rzekła najczystszym paryskim akcentem.
Twarz dziedziczki Poświcia zajaśniała radością.
— Ach, chwała Bogu! — odetchnęła z głębi piersi. — No, przecie mogę się porozumieć! Ale zaczynam od przedstawienia. Irena Orwid, do usług pani; przyszłam z Poświcia z tysiącem interesów do pana Marka Czertwana. Czy rzeczywiście nie ma go w domu?