Irence stanęły w myśli stare podania o pustelnikach dawnych wieków; zdawało się, że śni obrazek z owych legend świętych; zapomniała, gdzie się znajduje. Stary grał na flecie, ptaszek w klatce powtarzał toż samo, a na podwórzu plątały się w barwnym nieładzie śnieżne gołębie, srokate króliki, lis, żuraw i psów kilka. Bez sporu i niechęci znosili się nawzajem.
— Widziałeś kiedy co podobnego, Clarke? — szepnęła wreszcie panna Orwid.
Amerykanin stał nieruchomy, z wytrzeszczonymi oczyma, ale nie na zwierzęta patrzał, lecz na ludzi.
— Beautiful! — wybąknął równie cicho.
Mogli długo stać niepostrzeżeni, bo rewia podkomendnych Ragisa zajmowała obie panienki, a panny Anety od pszczół i grom by nie odwołał, ale poczuły obcych psy Rymki i pomimo koncertu fletowego zaczęły się niespokojnie oglądać. Stary mimo woli zwrócił oczy ku bramie, instrument osunął mu się z rąk; czar prysnął.
Pierwsze zebrały się gołębie i jak biały obłoczek wzleciały nad zagrodę; króliki, ogryzające z apetytem cynoglossum z rąk Hanki, wpadły do sieni; wiewiórka zeskoczyła z ramienia Ragisa i pobiegła szukać orzecha pod płotem; psy rzuciły się obejrzeć przybyszów, a za nimi majestatycznie udał się żuraw, stąpając z powagą szwajcara na dworskich przyjęciach.
Irenka podeszła bliżej, rzuciła wokoło okiem, jakby szukając kogoś, i powtórzyła swe stereotypowe pytanie:
— Czy tu mieszka pan Marek Czertwan?
„Ciekawam, co będzie dalej, jeżeli go nie ma? — pomyślała — mój zapas polszczyzny wyczerpie się po kilku minutach!”
— A słowo stało się ciałem! — zamruczał Ragis zupełnie oszołomiony. — To pewnie Orwidówna, a Marka nie ma!