Zapytanie ułożone było w ozdobnym stylu polsko-niemieckich szablonowych rozmówek; zapewne dlatego nie zrozumiały go zaściankowe piękności. Spojrzały po sobie, po obcych, miejskich panach i pierzchnęły jak stado saren w gęstwinę wiśniowych pędów.
Amerykanie poszli dalej, mocno zgorszeni i zawstydzeni tym przyjęciem.
Po kilku jeszcze niefortunnych próbach, trafili na wyrostka jadącego oklep na malutkim koniku, z sążnistym batem w ręku.
Ten spod szerokich kresów kapelusza spojrzał na biały pieniądz w dłoni Marwitza, na jasną sukienkę ładnej pani i po chwili namysłu ruszył naprzód, wzywając ich skinieniem. Przed Markową zagrodą przystanął chwilę i wskazał batem na posiadłość.
Marwitz podał mu błyszczącą monetę.
— Dekuj, pon! Ne noriu!127 — odparł i ruszył dalej.
Amerykanin, zdziwiony, kręcił w ręku pieniądz, idąc za Irenką do bramy.
— Widzisz, Clarke, on mieszka jak chłop! Nie odnalazłabym tej fermy wśród tych innych. Widzisz...
Chciała coś mówić jeszcze, ale urwała i stanęła jak wryta na miejscu.
Ujrzała przed sobą bieloną czysto chatę, oplecioną dzikim winem, a przed nią szczególny widok: gromadka dzikich zwierząt łasiła się do siwego człowieka, obsiadła mu kolana, tuliła się do nóg, igrała swobodnie, a obok pochylone dwie młode kobiety przyglądały się temu, śmiejąc się wesoło!