Podczas tej przemowy, z kieszeni kapoty ukazał się kawał cukru. Moralizując, kaleka trzymał go nad głową winowajcy.

Jeż obojętnie znosił wyrzuty, węszył, podnosił ryjek, wreszcie wspiął się nieco i korzystając z krasomówczego zapału porwał przysmak, przykucnął i począł zajadać w najlepsze.

— Zawsze z nim tak — skarżył się Rymko — ani dba! Groch o ścianę! Żeby nie jego pilność nad wytępianiem myszy i żab, powiesiłbym ladaco! Talent jest, ale charakter zły!

Widać było jednak z miny starego, że ladaco ten był jego faworytem. Pogłaskał go parę razy i patrzał z lubością.

— No, teraz werbel i popis! — zawołał, wstając znowu.

Wszedł do chaty i wnet wrócił, trzymając flet stary w zielonym futerale. Przyłożył go do ust i zagrał piskliwie starodawną piosenkę:

Już miesiąc zaszedł, psy się uśpiły...

Nikt by nie uwierzył, co za skutek piorunujący wywrze ta sentymentalna melodia! Na pierwszy dźwięk kilkoro dzieci, gapiących się na ulicy, pierzchło jak stadko wróbli po strzale. Grenis, zajęty osadzaniem roju, zadygotał jak w febrze, ludzie wracający z pola lub siedzący na progu sąsiednich domostw obejrzeli się trwożnie i skryli co rychlej, zamykając szczelnie drzwi, a natomiast w Marka zagrodzie zapanował ruch nadzwyczajny. Gromadka długouchych królików wyskoczyła na podwórze do nóg starego, przymaszerował żuraw pośpiesznie, przerwał kokietowanie kur rudy Robak, rzuciła orzech czerwona Żywusia, Igiełko nawet raczył przerwać chrupanie cukru...

Wszystko skupiło się dokoła wielkiego czarodzieja i z natężeniem spoglądało mu w oczy. W dodatku szpak wołał wielkim głosem, a kos, jak umiał, naśladował, gwiżdżąc, pieśń o Filonie.

W tymże czasie Irenka Orwid i Clarke Marwitz wkraczali pieszo do zaścianka. U pierwszej zagrody przystanęli i panienka spytała kilkorga dziewcząt śpiewających w ogródku, gdzie mieszka Marek Czertwan.