— Może... Ja nie wiem... Pan Marek nie zwykł mówić dlaczego, ale dąb ten szanuje i często go tam znaleźć można zamyślonego...
Tu rozmowę przerwał Marwitz. Hanka od pewnego czasu znikła w chacie, wezwana na migi przez Ragisa, więc Amerykanin, straciwszy cel swych spojrzeń, zwrócił je w inną stronę. Zajrzał do ogrodu i nagle dotknął ramienia Irenki.
— Iry, co to takiego? — zagadnął cicho po angielsku, coś nieznacznie wskazując.
Owo „coś” była to panna Aneta i Grenis, oboje w siatkach na głowie, otoczeni obłoczkiem dymu i wykonywający dziwne ruchy około ula.
Panienka spojrzała zaciekawiona i zwróciła się do Julki:
— Co to takiego? — powtórzyła pytanie.
— To — odparła ubawiona dziewczyna — to jest ciotka pana Marka, zajęta lokowaniem roju pszczół.
— Osobliwe! — zauważył Martwitz. — Pójdę bliżej obejrzeć.
— Ta ciekawość może się dla pana smutnie zakończyć...
— Oh no! Będę tylko obserwował.