Żadnej odpowiedzi, tylko psy zaczęły szczekać.
— Ot tobie masz! Znowu poszedł, aha! Z Orwidówną powędrowali. Ma się rozumieć! Ot tobie, i głód, i zmordowanie! I wierzyć tu komu? Wie co panna Aneta? Nie ma naszego chłopca! Poprowadził się z poświcką panną! Szukaj wiatru w polu! A to łotr chytry i kłamliwy! No, no, no!
— Poszedł? — odpowiedziała poczciwa kobieta, ocierając pot z czoła. — Cóż robić, dobrodzieju? Musi być to chodzenie milsze mu było i nad jadło, i nad posłanie! Za co się gniewać? Niech biedaczysko choć raz sobie dogodzi, choć chwilę się ucieszy! Szczęść mu, Boże!
— Panna Aneta rada każdej rzeczy! Co to dobrego? At! Nowa zgryzota, tylko że najgorsza, bo słodka, jak trutka na muchy! No, no, no, i kto by się po nim tego spodziewał? Dziewięć mil odtrzepał i znowu gotów maszerować! A Wojnat tymczasem umrze! At, głupi!
Panna Aneta miała słuszność: ani o posiłku, ani o śnie nie myślał ponury człowiek. Irenka oparła się na jego ramieniu i szli sobie bardzo powoli przez osadę, aż do figury. Tam dopiero zaczęli rozmawiać.
— Pan niesłowny. Dwa tygodnie nie odwiedził mnie, nie pomógł! Musiałam panu bardzo dokuczyć...
— Nie było czasu!
— A w Jurgiszkach pan był?
— Byłem. Zarządzam majątkiem po ojcu.
— I nie rzucił pan, jak Poświcia...