— Daj pokój. Nie zawsze ten dotrzyma, kto godzi się bez namysłu. Słuchaj, Marku, mnie pilno kończyć, a ta mi została ostatnia troska, jak kamień na duszy. Zdejm mi ją, a szczęście ci to przyniesie. Chodź.
Marek, ociągając się, przystąpił. Ojciec łańcuszek zarzucił mu na szyję, już uspokojony, pełnym głosem mówił:
— Jak pies wierny będziesz i jak kur czujny, i nie dasz nikomu wziąć Orwidów dobra, chyba kto ci przyniesie drugą połowę tego sygnetu. Taka była umowa z nimi. Zapamiętasz? Ja przysiągłem, a ty dochowasz?
Ręce na głowie mu złożył i dodał uroczyście:
— Duszę ci moją oddaję, i świętą myśl, i wiarę! Mało ty mówisz, i nikt cię nie zna, możeś16 zły, to niech cię me błogosławieństwo zmieni, a możeś dobry, to niech ci pragnienia ziści. Najstarszyś17 i najrozumniejszy z nich wszystkich, a oni boją się ciebie. Nie krzywdź ich i nie myśl o sobie. Twoja część w Poświciu, za rzeką. Pamiętaj! Daj słowo!...
Chwilę głos nie chciał wyjść z gardła biedaka, potem wyrwało się niewyraźnie:
— Kazaliście, to dotrzymam!...
Chory odetchnął jak wyzwolony, głowę syna przycisnął do piersi: na płowe włosy młodego spadło łez parę.
— Niech ci Bóg płaci! — wyszeptał i zaraz potem, jakby napędzany niewidzialną dłonią do pośpiechu, rzekł:
— Marku, podaj księdzu szkatułkę!