Po chwili do rąk plebana syn podał sporą żelazem krytą skrzynkę. Witold wstał z fotela i na palcach podszedł bliżej, za opiekuńcze plecy matki i siostry. Chory spod poduszki wyjął klucz od skarbca i mówił do księdza coraz wolniej:
— Siedem części tam jest, ojcze, po pięć tysięcy rubli w każdej. Dla dzieci czworga i dla żony, a szósty rozdzielicie między sługi nasze. A siódmy oddajcie do Ugian, cudownej Pani, pod której opiekę oddałem siebie za młodu. Niech z pracy mojej przyjmie ofiarę, jako mnie nigdy nie opuściła.
Pleban liczył i po kolei wręczał im spuściznę. Część Kazimierza wzięła matka, ostatni wziął Marek i pustą skrzynkę na bok usunął. Nie on ją już będzie napełniał, jak dotąd!
Wzrok chorego szedł po nich coraz bledszy.
— To i wszystko! — powtarzał. — Skończyłem, skończyłem!...
Rękę do błogosławieństwa podniósł.
— Daj wam, Boże, dolę i spokój, i swobodę, bo to i całe szczęście na ziemi! Żyjcie w zgodzie i razem: będziecie silni!
Poklękli18 wszyscy, a on nad pochylonymi głowami krzyż naznaczył i opadł ciężko na posłanie.
Chwilę odpoczywał nieruchomy, strasznie blady, a potem, tknięty swą największą troską, oczy wlepił w stojącego naprzeciw Marka.
— Pamiętaj, żeś ty Orwidów sługa, pamiętaj! — wyszeptał.