Zapanowała chwila milczenia. Panienka niecierpliwie gryzła usta, on spoglądał przed siebie na bór ciemny i słuchał znanego szmeru. Weszli w gąszcz; mrok już leżał wśród olbrzymów.
— Nie zbłądzi pan? — spytała.
— Ja? W Dewajte? Wychowałem się tutaj! Każdy krzak mam w pamięci! Nad rzekę pani chce zejść?
— Nie, na tę polanę. Obiecałam Clarkowi, że mnie tam znajdzie, jeśli trafi.
Z widoczną niechęcią zmienił kierunek drogi i prowadził ją manowcami, ociągając się.
Po chwili weszli na polanę. Wysunęła rękę spod jego ramienia i rozejrzała wokoło.
— Musi to być ciekawa karta z naszych starych dziejów. Był tu zamek zapewne, to ruiny?
— Był.
— Czemuż nie został?
— Nie stało obrońców. Ot, tam kurhan po nich! — wskazał ręką.