— Kto to być może? — szepnął Łukasz, również zajęty.
Marek zamiast odpowiedzi, skoczył naprzód: poznał z daleka swoją Białkę ze źrebakiem. Ktoś jechał do niego w nocy, cwałem...
Przeczucie jakiegoś nieszczęścia dodawało mu sił, przez grząską łąkę biegł naprzeciw wysłańca. O sto kroków stanął.
— A kto to? — krzyknął.
— Asz esu, pone131 — odparł zdyszany głos Grenisa.
— Czego ty tu?
— Pan kapral przysłał, żeby pan prędziusieńko wracał!
— Co się stało? Chory kto? Pożar?
— Panie! Źle się dzieje! Przyszli Żydzi z młodym panem i rąbią nasze Dewajte!
Marek zachwiał się; chciał krzyknąć, nie mógł; chciał o coś spytać, nie dobył głosu. Jak człowiek tknięty gromem, poczerwieniał, oczy mu krwią zaszły, dygotały mu wszystkie członki.