— Dziś popołudniu przyszli — mówił Grenis, ocierając pot z twarzy — pan kapral zaraz poszedł. Słyszę, młody pan go złymi słowy zwymyślał! Stanie mu się to nieszczęście, bo pan kapral...
Nie dokończył Grenis, żelazna dłoń Marka podniosła go z siodła i rzuciła na ziemię, potem bez słowa i namysłu młody człowiek skoczył sam na siodło, zgarnął cugle, zwrócił klacz na powrót i poleciał jak strzała.
Dziewięć mil miał przed sobą; spojrzał na niebo: było jednolite, ciemne, bez śladu brzasku. Trzy lub cztery godziny dzieliły go od rana, kurs był bardzo mozolny i trudny dla sędziwej Białki.
Klacz to była wysokiej ceny i wartości, ale zniszczona poniewierką w Skomontach. Teraz, pod opieką Ragisa poprawiła się znacznie; pomimo długiej odbytej drogi szła raźno, niekiedy tylko niespokojnie wzywając rżeniem źrebaka.
Cała myśl Marka była zajęta pośpiechem. Znał krótszą drogę o połowę, ale rzadko kto jej używał, bo szła pustkowiem i przerzynały ją dwa grząskie strumienie, płynące do Dubissy. Dla pieszych były wprawdzie kładki, a dla jezdnych brodów kilka, ale w nocy nikt się tamtędy nie puszczał, bo wśród manowców można było zabłądzić, a lud opowiadał, że po moczarach zbierały się duchy topielców.
Co znaczyły w tej chwili dla pędzącego manowce i duchy? Około jakiegoś krzaku jałowca skręcił na lewo, przeżegnał się i ruszył na los szczęścia.
O północy wiatr się zarwał, snuł się nisko, wstrząsając zaroślami i kręcąc piaskiem, klacz strzygła uszami, lelki i sowy przelatywały nad głową jeźdźca, okolica stawała się coraz dziksza.
Pochylony nad grzywą, cały we wzrok się zamienił: po piaskach tych dzikich wynajdywał instynktem szlak jakiś, czasem ślad kopyt, czasem gałąź złamaną, innych znaków nie było. Mrok szary wielkimi płatami mamił go i mylił co chwila; zaczął żałować, że wybrał ten kierunek, zdjął go strach przed zbłądzeniem w pustce, w takim razie jeździłby do rana, nie mogąc się zorientować.
Przypomniał sobie bajkę matczyną o upiorach, co czatują na ludzi w takich rozdrożach i wodzą w krąg błędny, nasyłają zwidzenia, męczą do świtania. Machinalnie podniósł rękę do czoła i piersi; zaklęć, których go matka uczyła, dawno zapomniał, natomiast pacierz począł mruczeć....
Wtem klacz zaczęła zapadać w grząską ziemię: byli w sąsiedztwie pierwszego strumienia. Obejrzał się; nie pamiętał, by tędy szedł kiedykolwiek, zapewne zjechał w bok ze ścieżki, co wiodła do brodu.