Nie było czasu się cofać, gwizdnął, poczciwe zwierzę rzuciło się odważnie naprzód, wprost, bez drogi!
Rzeczka płynęła w torfiastym gruncie, czarna i złowieszcza. Białka, wzdrygając się, skoczyła w wodę, muł sięgał jej do kolan, chrapała dziko... Wybrnęła przecie, na stałym lądzie zatrzymała się minutę, zhasana, spieniona, drżąc z natężenia. Zwróciła głowę i wołała źrebaka. Odpowiedział jej słabo, jakby się skarżył. Marek trącił cugle niecierpliwie, klacz zastękała, jak człowiek stroskany, i posłuszna już szła kłusem, dobywając reszty sił. O wiorstę za rzeką potknęła się pierwszy raz i jakby zawstydzona, podwoiła kroku. Chód jej był gorączkowy, nierówny. Marek czuł, że dygotała, jak w febrze. Ujechali mil parę; na wschodzie rozjaśniało się zaledwie.
— Hej, Białka! Hej! — zawołał, spojrzawszy w tę stronę.
Pędzili, bez drogi już na tę jasność: tam oto, na wschodzie, wróg był, co chciał wziąć biednemu pracownikowi otuchę, jego własność, jego skarb.
Gdy mu ta myśl przemykała pod czaszką, zgrzytał zębami, perły potu występowały na skronie, za piersi chwytała rozpacz. Pochylał się jeszcze niżej do łęku i podniecał klacz nieprzytomny. Byle prędzej! Byle dzień choć raz się spóźnił, dał mu pośpieszyć w porę, by ratować starego protoplastę dąbrowy, co wieków tyle szumiał nad kochaną Żmujdzią!
Drugi strumyk zaczerniał w wieńcu łozy. Białka zawahała się sekundę i skoczyła w wodę. Dzielne zwierzę! Sieć żył wybiła się na skórę, z boków dymiła para; na brzeg wydobyła się z widocznym mozołem i znów zarżała.
— Daj mi tchnąć, panie! — zdawała się prosić. — Daj spocząć! Służyłam ci, ile mocy, tyle mil.
Ale Marek na nic nie zważał. Na wschodzie jaśniało z każdą chwilą. Klacz potknęła się ciężko i upadła na kolana. Zerwał ją, uderzył cuglami, porwawszy się, rzuciła na oślep, plątała nogami, biegła jeszcze pięć minut i znowu upadła, jęcząc ciężko. Podniósł ją wędzidłem, chciała iść, zachwiała się, spuściła głowę, daremnie szukała równowagi: siły ją opuściły, zwaliła się na ziemię, przygniatając jeźdźca.
Wówczas dopiero oprzytomniał; zrozumiał, że pastwił się nad niemą ofiarą, żal go ogarnął. Zerwał się, wydobył spod konia, rozluźnił popręgi, pomagał powstać. Ale Białka skończyła już swą służbę uczciwie do ostatniego tchu. Ciężko jęcząc, dogorywała na tym pustkowiu, o milę od domu; nie nęciła jej już ani woda, ani obrok, ani wygodna stajnia. Oczy jej zaciągały się bielmem, z nozdrzy płynęła krew, zmęczone nogi drgały w przedśmiertnych kurczach. Dobiegła mety.
Marek rozsiodłał ją i chwilę patrzał z żalem na mękę szlachetnego zwierzęcia, potem ogarnęła go wściekłość straszna, cicha a nieubłagana, znana tylko milczącym i skrytym duszom. Zatrząsł się cały, zęby zaciął, czapkę nacisnął na oczy i poszedł wielkim krokiem na jasność ową, zwiastującą bliski poranek.