Ten złodziej, oszust, leżał u jego stóp i charkał; niech ma ból za ból, krzywdę za krzywdę!
Podniósł siekierę... Bóg wie, coby się stało, gdyby w tej chwili ktoś go nie porwał za ramię. Było to tak niespodzianie, że spuścił siekierę i obejrzał się, pewny, że drugi Żyd przybywa z pomocą.
Oczy jego, krwią zabiegłe, błyskające dziko spod zsuniętych brwi, spotkały bystre, przejmujące źrenice Irenki. Stała tuż i ściskała go mocno za ramię, blada, zdyszana, przerażona okropnie!
— Co panu? — zawołała zdumionym głosem.
Milczał. Pierś mu pracowała jak miech w kuźnicy, zęby błyskały zza warg; na czoło, potem zlane, wystąpiły żyły, jak sznury.
— Rzuć pan topór! Co się stało? Co panu zrobili ludzie? — pytała prędko, odciągając go na bok. Siekierę wyjęła mu sama z ręki.
Jeszcze milczał, ale przytomność wracała do oczu.
— Za co pan chciał mordować tego człowieka? Opamiętaj się pan! — mówiła, drżąc cała.
Wzrokiem wskazał jej Dewajtisa, ślady żelaza na korze, jak świeże rany.
— Dąb pański rąbano? Kto pozwolił?