Za chwilę nie było go na polance. Psu kazał pozostać, więc wierny Margas ułożył się u nóg Irenki i czuwał.
Irenka siedziała na głazie i parę minut pozostała zamyślona, patrząc w głąb, gdzie go jej z oczu zabrały wypukłości lochów i gąszcz jeżynowy; potem porwała się żywo i przystąpiła do leżącego Żyda.
Powoli budził się z omdlenia i przestrachu. Począł jęczeć i stękać.
„Gdybym się spóźniła o minutę — pomyślała z mimowolną zgrozą — gdziebyś ty był jutro, bohaterze? Bóg łaskaw!”
Tymczasem w dąbrowie działy się szczególne rzeczy. Słychać było gdzieś w dali razy siekier i nawoływania, potem rozległa się wrzawa i ruch. Głosy ludzkie mieszały się z ujadaniem psów i tupotem koni, przez polankę przemknęło kilka strwożonych wiewiórek, ptactwo świegotało na alarm.
Irenka obejrzała się z zajęciem. Byliż to napastnicy czy pomoc?
Nagle z gęstwiny ukazali się sprawcy hałasu. Był to Rymko Ragis ze swą czworonożną komendą, za nim pieszo i konno młodzież z zaścianka. Na widok poświckiej dziedziczki stary zdumiał, eskorta poczęła wołać, zobaczywszy leżącego Żyda. Rzucono się ku niemu.
— To sam herszt, ten, co kupił! Ach, łotr! Zabiło go coś. Widzicie!
Owo „coś” wyszeptali tajemniczo, żegnając się trwożnie. Rymko pokulał w tę stronę.
— At, umarł! Gadacie, Bóg wie co! Żyje i żyć będzie na zgubę każdego uczciwego. Jak go coś i przydusiło, to słusznie! Ho, ho, ho!