Ukośnie spojrzał na Irenkę. Zrozumiał, czyja ręka działała w tym wypadku i że to w tajemnicy powinno pozostać. Bał się jej świadectwa, badał wzrokiem.
— Chłopcy! — zawołał. — Teraz do roboty! Rozdzielcie się na dwie partie i biegajcie co żywo do tych drwali, cośmy ich rozpędzili. Uchowaj Boże, bez gwałtu. Siądźcie sobie blisko i tylko pilnujcie. Jakby wzięli w ręce siekiery, wtedy sobie grzeczniutko wstańcie i siekiery z garści. Nic więcej. Rozumiecie?
— Rozumiemy! — zawołali chórem parobczaki i, nawykli słuchać czarodzieja, rozbiegli się na wsze strony.
Tego tylko chciał Ragis. Szybko zbliżył się do Irenki, zamrugał oczkiem, zniżył głos i szeptem zapytał:
— Marek był?
— Był — odparła.
— A widziała panienka to? — nieznacznie wskazał Żyda.
— Widziałam — skinęła głową.
Kaleka złożył ręce jak do modlitwy.
— Nie mówcież nikomu, panieneczko! — prosił usilnie. — Chłopca mego życie całe krzywdzą. Krwawy ma żywot od kołyski. Jak ten dzik, co go psiarnia opadnie, broni się i rzuca. Nie ze złości to zrobił, ale z desperacji. Najlichsze zwierzę swego broni, a jemu ostatki chcą wydrzeć. Sąd nie pyta o duszę, ale z czynów sądzi. Nie świadczcie przeciw niemu!