Ragis, zarażony jej wesołością, także się uśmiechał.
— Nic gorszego, pannusiu, jak próżna gadanina i wieczorna bieganina! Co mu z tego przyszło, że biegał do Wojnatów? Serce w błoto utopił i siecią wiatr myślał złapać. Nie posłuchał mnie raz i pożałował. Nie lepiej by fajkę wypalił w domu ze mną?
— Co to: Wojnatów? — zagadnęła.
— To wuj jego tak się zowie. O płot mieszkamy w zaścianku! Wychowanicę miał, ot, młodą i nieszpetną! Ziela musi być jemu podsunęli, bo nie było czego tyle zadawać sobie fatygi. Rozmiłował się: żenić i żenić! Aha! Prawda: złap wiatr w sieć! Ho, ho, ho!
— Ożeni się? — spytała z widocznym zajęciem.
Ragis się roześmiał z tryumfem.
— Ho, ho! A widziała panienka wiatr w siatce? Także i tego nikt nie zobaczy! Zaraz po kolędzie za mąż sobie poszła! Chłopiec aż sczerniał z tej troski, a jam taki temu rad, jakbym derkacza ręką złapał. Lepsza jego troska niż takie wesele! Ma się rozumieć, sprawimy jemu gody, ale inaksze!
— A jakie? — badała ciekawie, ale już z całą powagą.
— Za parę lat, jak w pierze porośnie! — prawił swobodnie, jakby mówił do kuma, czy panny Anety. — Z roboty wybrnie, ziemię spłaci i opatrzy, dom sobie założy. Wtedy w swaty pojedziemy! Stary Rymwid ma jedynaczkę jak łanię, gospodarną jak pszczoła, u Olechnowiczów są dwie córki, w Jurgiszkach on często przesiaduje: panienka dobra i bogobojna! Bogatej on nie chce, sam mi mówił onegdaj, to weźmie biedną, ale rozumną i dobrą. Ho, ho! Byle biedę odbyć i to nasłanie Witolda!
Zamilkł na chwilę; w dymie fajki widział zapewne te gody wymarzone.