Irenka spuściła nisko głowę i gryzła w białych ząbkach źdźbło trawy.
Przez chwilę twarz jej spochmurniała, ale wnet wpół wyzywający, wpół rzewny uśmiech prześlizgnął się po delikatnych rysach.
Spojrzała na Ragisa lekko drwiącymi oczyma i wstała.
Słońce już zaszło wysoko. Z pogodnego rana dzień się zmienił na pochmurny. Wiatr dął silny od Dubissy, hucząc jak pobudka do burzy. Marka nie było.
— Może panience co trzeba? — zagadnął stary, także się podnosząc. — Deszcz za minutkę będzie i coś na grzmoty się zabiera! Dobrze, żem wczoraj siano zebrał! Niech panienka śpieszy do domu przed ulewą!
Potrząsnęła głową przecząco, obchodziła powoli polanę, za nią Ragis dreptał, gawędząc do drzew, chmur i swej psiarni.
— Co to? — zagadnęła, nagle zatrzymując się w miejscu.
Pod stopami miała jakby otwór zasypanej studni, bujnie zielskiem obrosły.
— A to lochy — objaśnił — podziemne drogi zamczyska! Mówią, że pod całą dąbrową ich pełno! Ale całkiem zasypane! Takich dziur jest kilka. Głębokie tam są kurytarze134 i aż do rzeki się ciągną!
— Chodził pan tam?