— Czy mi życie niemiłe? I czego? Na skarby się nie łakomię, i nikt ich tam nie znajdzie! Marek kiedyś, wyrostkiem będąc, łaził, niecnota. Chciałem siec za to głupstwo. Nie znalazł ani złota, ani wina, o którym plotą, tylko gdzieś w załamie czaszkę ludzką i zardzewiałe toporzysko! Ledwie żyw się wydobył, tak tam duszno, i drugi raz nie chodził. Z naszych nikt by się na taką wyprawę nie naraził, chyba on jeden! Niech panienka nie zagląda! Fe! Jeszcze nietoperz wyleci, ziemia może się osunąć...
W powietrzu robiło się coraz niespokojniej. W oddali huczały grzmoty.
Nagle psy Ragisa podniosły hałas i rzuciły się naprzód na dziwaczną postać, która się ukazała z gęstwiny. Był to Marwitz w gumowym płaszczu i ceratowym kapeluszu, dźwigający w ręku parasol, szal i jakieś białe zawiniątko.
Spostrzegłszy Irenkę, zaczął machać rękoma, jak majak135 staroświeckiego telegrafu.
— Skądeś się wziął? Domyśliłeś się, gdzie jestem? — zawołała.
— Czertwan powiedział! — odparł zasapany. — Konie wziął i poleciał jak wariat! Nic a nic nie rozumiem, co się tu dzieje.
— Sprzedano mu bezprawnie las! Żyd rąbie!
— Zlinczować go! — zdecydował z całym przejęciem.
— Tu nie doszli do tej amerykańskiej sprawiedliwości. Co ty niesiesz?
— Okrycie dla ciebie i śniadanie.