Usiedli pod dębem. Ragis przypatrywał się z daleka. O ile czuł sympatię dla dzielnie wyglądającej dziewczyny, o tyle nie znosił chuderlawego Amerykanina.

— Strach w konopie! — mruczał do siebie.

Irenka otworzyła białe zawiniątko. Ukazała się butelka wina, kawał pasztetu i cukierki. Było to śniadanie pomysłu Clarka!

Sięgnęła żywo po flaszkę i kieliszek, podskoczyła do starego, nalała pełną czarkę i podała mu ją z serdecznym spojrzeniem.

Wypił, wąsy otarł i aż się oblizał.

— Orwidowski maślacz stuletni. Ot, mi trunek! Dziękuję panience! Aż mnie po kościach mniej łamie! Oho, ho!

Zaprosiła go wdzięcznym ruchem do zaimprowizowanego stołu na głazie.

Zasiedli we troje do śniadania. Jedli śpiesznie, bo deszcz zaczynał padać.

— Zmoknie panienka! — frasował się stary, a Marwitz dodawał:

— Wracaj, Iry! Jeśli chcesz, ja cię tu zastąpię, choć, słowo daję, nie wiem, czego tu siedzimy.