— Dla rozmaitości, my dear! — odpowiedziała ze śmiechem, nie troszcząc się o burzę. Nakarmiła pasztetem Margasa, otuliła się w szal i spokojnie wyglądała ulewy.

— Gdzie ten Marek marudzi? — burczał Ragis.

Deszcz począł padać strumieniem. Gromy biły coraz częściej, wicher dął szczyty dębów. Schronili się wszyscy pod opiekuńcze konary Dewajtisa, chmury zbiły się w czarną oponę. Co chwila rozdzierał je wąż błyskawic.

— Zmokniesz, Iry! — wołał Marwitz, daremnie starając się utrzymać parasol.

— Już zmokłam! — uspakajała go wesoła. — Patrz, co to za wspaniały widok...

— Ja miłuję nade wszystko spokój!... — skarżył się żałośnie.

— Może choć Żyda ubije! — pocieszał się Ragis po każdym piorunie. — Ale gdzież ten Marek?

Marek dopiął swego. Poświcki koń doniósł go do miasteczka. Pieniądz zelektryzował potrzebną mu pomoc. Wracał pocztą136 z urzędnikami policyjnymi, ile koń wystarczy137. Przedstawiciele porządku, zmokli trochę, pokrzepili się w jurgiskiej gospodzie i, cali przejęci ważnością swej roli, stanęli na miejscu. Tam, na skraju dąbrowy, leżało dziesięć ściętych drzew, siedziała gromadka drwali, opodal młodzież z zaścianka, w środku Żyd przedsiębiorca, rwąc włosy, złorzecząc i zachęcając swych robotników.

Widział, że interes przegrał. Wściekał się w bezsilnym gniewie...

Burza już przeszła. Nad dąbrową rozpoczęła się inna wśród ludzi.