Urzędnicy położyli areszt na lesie — na mocy oświadczenia Marka. Sprzedający nie był jedynym dziedzicem, nie miał prawa rozporządzać wspólną własnością.
Spisano protokół, zabroniono dalszego wyrębu, rozpędzono robotników.
Na placu boju został Żyd, Marek i policja, kończąca raport.
— Nu, co to będzie? — zagadnął kupiec ponuro i wyzywająco. — Tu był gwałt, mnie pobili, ja skargę wnoszę! Ja dał pieniądze, oddajcie pieniądze!
— Ja nie brałem! — odparł Marek.
— Nu, wasz brat brał! Co to będzie? To gwałt! Rozbój! Awantura!
Urzędnicy zakończyli swe czynności. Półgłosem, na uboczu, porozumieli się z Czertwanem i odjechali, gwiżdżąc, widocznie radzi ze spełnienia obowiązków. Marek podziękował szlachcie za odsiecz, spytał się o Ragisa i ruszył ku polance. Żyd szedł za nim.
— Ja swoich pieniędzy nie daruję! Albo las, albo kapitał oddajcie! Ja wam mówię, oddajcie! Przeczytajcie kontrakt: zapłaciłem dziesięć tysięcy rubli gotówką. Ja ich nie daruję!
Marek milczał jak głaz. Może nie słuchał.
— Nu, panie, po co swary? Ja panu dopłacę jeszcze dziesięć! Oddajcie las; więcej daję niż warto! Po co proces i awantura? — kusił ryży, zmieniając ton z zuchwałego na pokorny.