Dziś, w powrocie z Kowna, o milę od domu, gdzie tydzień był nieobecny, nie pokonał pokusy. Poszedł, niepomny, że za rzeką praca go czeka i tysiące zaległych interesów. On, co się nikogo nie bał i nie wstydził, krył się jak złodziej; on, co błogosławił niebu, gdy otworzyła mu się raz ostatni poświcka brama, wracał nocą, przez parkan.
Okropna zemsta losu!
Znowu pobuntowały się w nim resztki dumy i siły woli — na próżno!
Zamiast się oglądać, przesadził sztachety, znalazł się w parku.
Brytany, posłyszawszy szelest, nadbiegły; stróż gdzieś gwizdał, śpiesząc z pomocą. Co będzie, gdy go zobaczy o tej porze? Krew oblała mu skronie żarem wstydu i upokorzenia, pomimo to szedł ku domowi, kryjąc się w najbujniejszą gęstwinę.
Szczęściem psy go poznały i powitawszy, odeszły; stróż, może lękając się czarnej gąszczy, zawrócił też w przeciwną stronę.
Odetchnął.
Przecie on nie szedł tu kraść i krzywdzić, czegóż się lękał i wstydził?
W domu ciemno już było. Na górze tylko świeciło się w mieszkaniu Marwitza i na dole w sypialni.
Okno było otwarte, wiatr letni uchylał firankę, pod oknem stała lipa rosochata.