IX.
Późnym wieczorem dzwonek pocztowy kołatał monotonnie na pustym trakcie.
Zbliżał się ku rzece na prom jurgiski i wreszcie umilkł. Podróżny zatrzymał woźnicę, opłacił go i odprawił.
Zamiast jednak udać się za rzekę, skręcił w bok i boczną drogą ruszył w stronę Poświcia. Księżyc w pełni wypłynął na pogodne niebo i ciekawie w twarz mu zaglądał. Wędrowiec, jakby się wstydził światła, nasunął na oczy czapkę i krył się w cień drzew i krzaków otaczających drożynę. Na szelest każdy nadstawiał ucha nieufnie; szedł jak złodziej. Im bliżej dworu, tym krok jego stawał się żywszy, ruch każdy ostrożniejszy, kilka razy stanął i jakby zwrócić się miał, jednakże po chwili namysłu dążył dalej. Silniejsza snać138 nad zastanowienie była to chęć, co go niosła w tę stronę, nie do domu, w noc głuchą.
U parkanu ogrodowego zatrzymał się znowu. Cień drzew okrył go zupełnie. Uchylił czapki i otarł pot z czoła. Przez tę sekundę księżyc zaspokoił swą ciekawość, bo zajrzał w posępne oczy Marka Czertwana i musnął srebrną jasnością jego ciemne, ostre rysy.
Czego on tu chciał, w tym znienawidzonym przez się Poświciu? Nie potrzebował tu wracać, jak niegdyś: miał swą zagrodę, był wolny.
Łukasz Gral, gdyby go spotkał z tym wyrazem niepokoju i tęsknoty, z jakim szedł, mógłby powtórzyć to, co on mu mówił na utyskiwania: „Masz, czego chciałeś!” Ale Łukasza nie było, a słabość i cierpienie cichego Żmujdzina widziała tylko noc, jak on milcząca, i słyszał chyba Bóg wielki w cichej modlitwie o ratunek.
Los człowieczy nieubłagany jest i mściwy. Pokarał Marka tym Poświciem właśnie, gdzie tak często narzekał, skąd się tak wydzierał. Zawracał go tam teraz nie mus i nie niewola, ale jakaś gorzka, nieprzeparta chęć. Los się naigrawał z oporu, z dumy, z zaciętości; jak zmora, prześladował go dniem i nocą, gnał osłabłego z powrotem na miejsce dawnego wygnania.
„Jak pokutę przyjąłeś ojcowską spuściznę i narzekałeś. Idźże teraz sam, bo bez pokuty tej żyć już nie potrafisz”.
Stojący u parkanu słyszał to ciągle. Myśl ta rozpaliła mu gorączką zimne oczy, przeciągnęła kurczem bezustannej walki usta i czoło. Cierpiał jak potępieniec, z dnia na dzień tracąc dawne pragnienia, cele, opuszczając obowiązki.