— Czyś oszalał? Cała nasza chudoba zmarniała przez jedną noc, a ty się nawet nie zafrasujesz?

— Nie ma czasu. Trzeba większe ratować. Do Kowna jadę...

Stary poczerwieniał z żalu i złości na tę obojętność, splunął, psy zawołał i bez pożegnania szybko się oddalił. Szedł szukać klaczy i źrebaka; nie spytał nawet o sprawę leśną. Żal mu było Białki faworytki i pieszczocha młodego, który miał być tak rozumny, jak człowiek.

Długo szukał po pustkowiu! Do chaty nie zaszedł, choć przemoknięty był do kości, błąkał się, złorzecząc i stękając. Psy wreszcie wpadły na trop i zaprowadziły go na miejsce.

Białka leżała nieżywa, skostniała, okryta cała błotem rzeczułki, z krwią skrzepłą u nozdrzy. Siodło leżało obok, a nad nią z głową zwieszoną, chwiejąc się z głodu i chłodu stał źrebak-sierota, trącał ją i rżał ochryple. Wokoło z daleka jeszcze krążyły czarne kruki i śpiewały poczciwej klaczy na stypę. Wrony, zuchwalsze, opadły niżej i zaglądały w jej szklane oczy. Gdzieś w gąszczach zapewne czatowały wilki i lisy.

Ragis oparł się na kiju i miał ochotę zapłakać, potem żal jego w złość przeszedł:

— Bodaj was piekło! Złodzieje i szachraje! Jak te kruki, za krzywdą latacie, bierzecie pot, siły, zdrowie, grosz krwawy! Biedna starucho, wartaś była lepszego końca! Nie dam cię wilkom i krukom, zakopię głęboko. Lepszaś była od wielu ludzi. Już nie wstaniesz, nie usłyszysz! No, chodźże ty ze mną, sieroto! Nie nakarmi cię już matka i nie ogrzeje. Ale ja ci zmarnieć nie dam. Chodź do pustej stajenki i nie płacz!

Pociągnął je za sobą, a biedactwo szło posłusznie, skarżąc się żałośnie.

Kruki krakały coraz przeciąglej, spuszczały się niżej i niżej na ucztę.

Nad pustkowiem zapadła noc i głusza. Skargę źrebaka niósł wiatr i oddalenie...