Młody szlachcic znowu się wmieszał do rozmowy:

— Za życia on płakał, a ona się śmiała, a śmierć to wszystko obraca na opak.

Wtem turkot się rozległ na ulicy. Spojrzeli wszyscy. Z malutkiego powoziku, założonego parą ślicznych koni, wysiadła Irenka Orwidówna, sama, bez Clarka. Czarno była ubrana i dużo bledsza niż zwykle. Julka, Ragis i panna Aneta rzuciły się żywo na jej spotkanie; jeden Marek się nie ruszył i tylko, gdy przechodziła, ukłonił się głęboko. Weszli za nią wszyscy do zwłok i w tej chwili Downar rzekł:

— A gdzież to, Czertwanie, bijecie ten ćwiek? Toż tam już dwa wbite?

Po dość długiej modlitwie wyszli wszyscy i otoczyli kołem Marka. Irenka popatrzała na trumnę i rzekła:

— Wstyd panu, panie Czertwan! Ten, co tam leży, uśmiechnięty jakiś, wesół, daleko pogodniejszy od pana!

— Uśmiecha się! — pokiwała głową panna Aneta. — Jest racja, moja śliczna panienko! Duszę jego anielską Bóg za pokutę włożył w nędzne ciało, więc ciągle się skarżyła i płakała... A wychodząc na swobodę, z radości musnęła po licach skrzydłem, i ot po niej znak taki jasny pozostał.

Na to określenie Julka uśmiechnęła się mimo woli. Downar otworzył szeroko usta i oczy, Ragis ramionami ruszył. Tylko Marek niczym nie objawił wrażenia, a Irenka zauważyła:

— Ja bym rada zobaczyć to u pana Czertwana przed śmiercią jeszcze... Ejże! Mnie się zdaje, że pan powinien weseleć i rość po każdej biedzie...

— Tak to i będzie! — potwierdziła ciotka. — Jeszcze on urośnie, nad wszystkich wyrośnie! Będzie możny pan, i wielki, i szczęśliwy! Dola buduje się na klęskach!