Ragis z Julką dopędzili ich: stali nad zgliszczami.
Stary wszedł między rumowiska i zwrócił się do Marka:
— Bocianięta z gniazdem spadły w płomienie; widzisz, jak stare krążą nad nami? A w tym popiele Igiełko mój się upiekł! Nic nie zostało!
Marek postąpił parę kroków i butem rozrzucał zwęglone resztki chaty. Nagle coś mu zadźwięczało pod nogą, schylił się i z żużli tych podniósł osmalony przedmiot.
— Zostałeś ty jeden! I cały! — zawołał półgłosem z wybuchem głębokiego wrażenia.
Był to rycerz czarny, z blachy rżnięty. Płomień go odstąpił, nie tknął najmniejszego rysu. Niezmieniony, pędził na swym rumaku z mieczem w prawicy, z tarczą u ramienia. Julka podskoczyła naprzód.
— Nasz rycerz! — krzyknęła z błyszczącymi oczyma, spoglądając dumnie ku niemu. — Skąd go pan ma?
— Zawsze mi nad posłaniem był i został! — wymówił młody człowiek, cały przejęty.
— O! Ten się klęsk nie boi!... Zahartowany od dawna!... — rzekła siostra Olechny z uśmiechem dumy.
— Co to jest? — zapytała ciekawie Irenka, podchodząc.