— To ja zostanę!
— Ależ ona nie zechce twej wiary!
— To ja ją zmienię! Przysiągłem sobie, że się z nią ożenię, i ożenię!
— Ha, to rób, jak chcesz! Ja piszę do twego ojca i umywam ręce!
— Przy znanym braku stanowczości Hanki taka stanowczość pewnie jej zaimponuje — dorzuciła wesoło Julka. — Może pan uważać swój pierścionek za ulokowany!
— Noszę go zawsze w kieszeni! — westchnął patetycznie przy wtórze śmiechu obu panienek.
Tymczasem pod figurą na rozdrożu tłum chłopów rósł. Znalazły się i kobiety, obładowane jakimiś węzełkami, i młodzież, i dzieci.
Naradzili się z sobą i ruszyli hurmem, nie na plebanię jednak, ale wprost do zaścianka. Na czele wójtowie obu gromad, ławnicy i starszyzna, dalej długim szeregiem prości żołnierze tej wielkiej, szarej armii rolnej. Kroczyli uroczyście ulicą aż do Markowej zagrody.
Pogorzelcy z Ragisem i parobkiem rozrzucali zgliszcza, uprzątali popalone resztki i kupy popiołu. Gromada wtłoczyła się na podwórze i stanęła.