— Cicho, błaźnie! Nikt nie kicha! — upominał go Ragis, na wielką uciechę dzieci.
— Możesz wracać, Grenis — rzekł wreszcie Marek do parobka, wciskając mu w rękę pieniężny podarek.
Chłop się cofnął, jakby mu węgiel gorący padano i — zamiast iść do dworu — stał i milczał, obracając bicz w ręku.
— Czegoż chcesz? — zagadał go Ragis.
— Gdzie moje konie, tam i ja się ostanę — odparł po żmujdzku.
— Pani kazała ci wracać, to wracaj! — mruknął Marek.
Żmujdzin obejrzał się wokoło, na drogę, na niebo, na rzekę, wrócił oczyma do krzywej stajenki, podszedł do niej, zajrzał i pod ścianą się położył.
— Namyśli się, to wróci! — rzekł Ragis. — Ja tymczasem założę sobie gniazdo. Biedne bestyjki moje, przechorują jazdę!
Marek pomyślał chwilę, zawahał się i ruszył do Wojnatów. Kończyć trzeba było, bo wieczorem już go czekano w Poświciu.
Wszedł. Marta szyła u okna, stary dreptał po izbie. Zamilkli na jego widok.