— A myśmy dokąd zaszli? — spytał, oglądając się.
— A dokąd mieli iść, kiedy zagrody nie ma? Na spacer ciebie wywiodłem! — odpowiedział stary, ze wszech stron uważnie oglądając pień wierzbowy. Potem z trudnością zdrową swą nogę postawił na niskiej odrośli i dźwignął się w górę.
— Co wy robicie? — zawołał Marek, otwierając szeroko oczy.
— Nic, synku, nic! Gniazd nie wybieram! Co tu schowałem w dziurę, to chcę dostać!
To mówiąc, postukał kijem o pień, oddarł kawał kory, wsunął rękę w szczelinę pełną próchna i wydobył niewielką blaszaną puszkę od tytuniu145, okręconą w gałganek.
— Ot i jest! — odsapnął, schodząc mozolnie.
Marek poskoczył, wziął go na ramiona i postawił na ziemi.
— Czy wam się chce drugą nogę skręcić? — upominał.
Stary zsunął czapkę na ucho, wąsa pokręcił i mrugając oczkami, rzekł:
— Darzyli cię szlachta i pany, i chłopi przyszli z pomocą. Ho, ho! Ma się rozumieć! A stary kuternoga co gorszego? Hę? Albo to Rymko dla chrzestniaka i dobrodzieja daru nie ma? Pomóc nie potrafi? Ot, masz!