— Pobiedujemy jakoś!
— Ja bo nie lubię biedować! — zamruczał stary.
Marek umilkł. Szedł z Rymkiem z głową spuszczoną i nie uważał w zamyśleniu, że kaleka opuścił drogę i wszedł między ogrody, bez śladu, wiodąc go w stronę łąk nad Ejnią. Zaścianek został na uboczu, wieczór nadchodził, Ragis szedł zygzakiem, wymijając pasące się trzody i bystro przyglądając się okolicy.
Przed nimi ukazały się wreszcie brzegi potoku, gęsto obrosłe łozą i dzikimi malinami. Nad samym nurtem stała wierzba koślawa, krzywa, na pół uschła.
Ragis, ujrzawszy ją, przestał wędrować zygzakiem i prosto tam dążył.
— Musić ty siebie karzesz w duszy, że sobie nazbierałeś niedołęgów takich, jak my z panną Anetą! Zawalidroga tobie z nas teraz!
Marek obruszył się, aż zbladł.
— Wyście mnie dotąd jeszcze nie skrzywdzili! A ot i tego się doczekało! — zamruczał ponuro.
— Nie to, synku! Choć i pomyślałeś, to nie grzech. Ma się rozumieć, słuszne słowo. Szpitalnikami nazywa nas pan Witold! Tak bo i jest. Natłukły nas przez tyle lat i choroby, i praca, i wojny ciężkie. Czerepy i koniec! Ho, ho! Ja to pamiętał i mówiłem sobie: Słuchaj, stary, drewnianą masz nogę, bacz, by głowa nie była z kapusty! Ho, ho! Ja pamiętał!
Czertwan, zdziwiony tą szczególną przemową i tonem, oczy podniósł i zdumiał się.