— Co ci tam gospodarze radzili? — zagadnął stary filuternie, zawracając na powrót do zaścianka.

Marek milczał, nie umiał kłamliwie potakiwać.

— Coś się zaciąłeś! Szydło schowałeś do worka? Ho, ho, ma się rozumieć! I to pewne schowanie!... Ho, ho, idźże do Poświcia, i szczęść ci, Boże!

Młody głowę zwiesił, usta zaciął, machinalnie ręką przeszedł po czole.

— Nie mówcie mi, ojcze: szczęść Boże, bo tylko tam idę z pieniędzmi za kupnem i nic więcej...

— Dobre słowo nie szkodzi! Nie zawsze z tym się wraca, po co się idzie... Ho, ho! Ja sobie na plebanię pokulam. Dziewczęta podobno już wyjeżdżają, to pogawędzę na rozstanie i sierotę-szpasia odwiedzę... Nie ma mojej chudoby, a szkoda trochę...

Westchnął i po chwili, jakby dla rezonu, zaśpiewał:

A teraz się dzielmy, dzielmy, towarzyszu mój!

Tobie rożek z tabaką, a mnie konik z kulbaką,

Towarzyszu mój! Towarzyszu mój!