Rozeszli się i Marek wielkimi krokami oddalił się w stronę dąbrowy.
Tego dnia pierwszy raz minął dąb stary bez powitania; nie słuchał poważnego szumu! Coś innego gadało mu w duszy...
X.
Dziwnie wyglądała plebania księdza Michała Nerpalisa w tydzień po opisanych wyżej wypadkach.
Od rana panował w niej ruch gorączkowy. Organista i zakrystian zamiatali ścieżki ogródka, stroili odświętnie ubogą bawialnię. Proboszcz chodził niespokojny, zafrasowany, mrucząc pod nosem i wypędzając zajadle muchy.
Od południa pod furtkę ogrodu zaczęły zajeżdżać bryczki i powozy jak na odpust, rozlegały się obce głosy, trzaskanie bata, parskanie koni. Ten cichy domek, obrośnięty do dachu bujnymi splotami purpurowej fasoli i powojów, nigdy nie widział tylu razem świetnych gości.
Pierwsza przybyła pani Czertwanowa z marszałkiem powiatu, a bratem swoim ciotecznym; towarzyszył im Witold konno i syn marszałka. Potem staroświecką landarą przybył nestor powiatu, Jerzy Rymwid, za nim dwóch braci Olechnowiczów, Illinicz, sąsiad Poświcia, a na koniec Leon Radwiłłowicz, sędzia honorowy i sławny mówca w okolicy. Całe grono obsiadło kanapy i krzesła, ukazał się na stole miodek roboty proboszcza. Rozmowa się toczyła ożywiona, wśród której przodował cichutki, słodkokwaśny głos pani Czertwanowej.
Po paru godzinach pobytu panowie zaczęli ziewać i wyglądać oknami: radzi by byli skończyć ten akt obywatelskiej sprawiedliwości, a brakło do rozpoczęcia pierwszej osoby: podsądnego.
— Gotów zrobić skandal i nie przyjechać! — ozwał się z uśmiechem Witold.
— Nie może być! To do niego niepodobne! — ujął się żywo Illinicz.